Salon Odurzonych

W XIX wieku niemożliwa była kariera artystyczna bez wcześniejszego zaprezentowania swych prac na paryskim salonie. Wobec stale rosnącej liczby zainteresowanych zaprezentowaniem swych prac na salonie, jury musiało odrzucać ich coraz więcej. W 1863 roku liczba nieprzyjętych dzieł mogła wynosić nawet 4000 prac. Złożony w tej sprawie list protestacyjny dotarł do Napoleona III, który po obejrzeniu odrzuconych prac zadecydował pokazać je na odrębnej wystawie nazwanej wówczas „Salonem Dodatkowym”. Wystawa prac odbyła się 15 dni po oficjalnym salonie i wsród łącznie 1200 obrazów 380 autorów znalazły się między innymi płótna E. Maneta, C. Pissarra, J. Mc Neilla Whistlera. Wystawa „Salonu Odrzuconych” stała się okazją do szydzenia z artystów i ich dzieł, mimo to znalazły się również głosy przychylne, w tym opinia Paul’a Mantz’a w „Gazette des Beaux-Arts” uważającego „Salon Odrzuconych” za przywrócenie wolności sztukom.

U schyłku lat sześćdziesiątych XX wieku powstał nowy styl muzyki, sztuk wizualnych, mody i kultury zwany Psychodelią. Największą popularność zdobył podczas „Lata Miłości” w 1967 roku rozprzestrzeniając się w USA, ogarniając następnie cały świat. Sztuka ta tworzona była pod wpływem psychodelików, substancji psychoaktywnych wywołujących mistyczne doznania duchowe, wielobarwne i zmiennokształtne efekty wizualne oraz wzmożoną wrażliwość na bodźce. Jak pokazuje historia niektórzy geniusze stworzyli największe dzieła sztuki pod wpływem substancji wpływających na działanie mózgu. Niektórzy z nich wpadli w szpony nałogu, inni tylko eksperymentowali. Jaką rolę odegrały narkotyki w sztuce i jak wyglądałaby bez ich udziału?

Będzie Ksiądz zadowolony!

Fresk autorstwa Elíasa Garcíi Martíneza pt. „Ecce Homo” (łac. „oto człowiek”) z Sanktuarium Łaski w hiszpańskiej Borji, przedstawiający Jezusa w koronie cierniowej stał się internetowym fenomenem w sierpniu 2012 za sprawą wówczas 80-letniej artystki – amatorki Cecili Giménez, która zdewastowała obraz podczas nieumiejętnej próby jego renowacji. Efekt pracy „artystki” w rezultacie został ochrzczony w internecie tytułem „Ecce Mono” (z łaciny „oto małpa”), „ziemniaczanym Jezusem” oraz w polskich serwisach społecznościowych „Jeżus’em”. Turystyczne zainteresowanie freskiem nasiliło się do tego stopnia, że kościół za możliwość jego obejrzenia zaczął pobierać opłaty. W ciągu roku nieudolnie odrestaurowany fresk obejrzało 40 tysięcy turystów, przy czym zysk ze sprzedaży biletów wyniósł 50 tysięcy euro. Dochód z prezentacji „dzieła” jak widać okazał się na tyle rentowny, że Pani Giménez za pośrednictwem swojego prawnika wyszła z postulatem pobierania części profitów w celu przekazania ich na cele charytatywne związane z leczeniem atrofii mięśni, na którą choruje jej syn.

Nie o taką Sztukę walczyłem!

W maju 2015 roku zapadł prawomocny wyrok w sprawie, którą reżyser Zbigniew Rybczyński wytoczył byłemu ministrowi kultury i dziedzictwa narodowego, aktualnie eurodeputowanemu Bogdanowi Zdrojewskiemu. W wytoczonej przeciwko Europosłowi PO sprawie cywilnej, reżyser zabiegał o przeprosiny na łamach prasy oraz uiszczenia 20 tysięcy złotych na cele społeczne za stwierdzenie, iż domagał się on od byłego ministra kultury zatrudnienia swojej żony w Centrum Technologii Audiowizualnych na stanowisku dyrektorskim. W przedstawionym po rozprawie oświadczeniu Bogdan Zdrojewski zapowiadał wniesienie skargi kasacyjnej, z czego wynika, że jednak nie zamierza dostosować się do zasądzonego wyroku i oficjalnie przeprosić Zbigniewa Rybczyńskiego.

Konflikt pomiędzy byłym ministrem kultury a światowej sławy polskim reżyserem rozwinął się w momencie nagłego zwolnienia Rybczyńskiego ze stanowiska dyrektora artystycznego CeTA w atmosferze skandalu w październiku 2013 roku. Reżyser twierdzi, że został zwolniony, gdyż wykrył malwersacje i nieprawidłowości finansowe w Centrum Technologii Audiowizualnych, o których informował Bogdana Zdrojewskiego. Inną sytuację przedstawia zaś sam Bogdan Zdrojewski rzucając cień na postać słynnego reżysera. Cała historia doprowadziła do sytuacji, że rozgoryczony konfliktem Rybczyński snuje plany by zrzec się polskiego obywatelstwa i ponownie emigrować z Polski. Miejmy nadzieję, że cała historia dobrze się zakończy i że nasz laureat Oscara odzyska dobre imię i nie będzie zmuszony do tak radykalnych decyzji.

Pier**lę nie tworzę

Problem przeciętnego polskiego artysty polega na tym, że na jego nowy obraz nie czeka kolejka umówionych klientów. Tworzenie przez całe życie obrazów do szuflady też chyba przestaje w końcu cieszyć. Szara rzeczywistość, może dopaść każdego twórcę, nawet gdyby jego twórczość byłaby nie wiadomo jak barwna. Kiedy sztuce brakuje okazji do konfrontacji i nie spotyka się z jakimkolwiek odzewem łatwo stracić wiarę, że to co robimy jest w ogóle coś warte.

Sztuka popularna

Artyści związani z powojennym prądem artystycznym Pop art dążyli do zobrazowania cywilizacji wielkomiejskiej, ilustrując powojenny konsumpcjonizm, czerpiący z dóbr materializmu. Nazwa kierunku z języka angielskiego w nieskróconej formie „popular art” w tłumaczeniu oznacza „sztukę popularną”. Czy aktualnie w dobie internetu o wiele prościej zdobyć popularność? Czy tysiące fanów na portalach społecznościowych to efekt przypadku, czy też przemyślane działanie, za którym stoją duże pieniądze? Czy popularność na pewno definiuje poziom artystyczny sztuki? Jak dowodzi chociażby przypadek Cecylii Gimenez, hiszpańskiej „restauratorki” odpowiedzialnej przez swoją próbę renowacji za zniszczenie fresku „Ecce homo” przedstawiającego wizerunek Jezusa, chyba jednak nie zawsze. Przypadek ten z pewnością nie pozostaje w historii sztuki osamotniony. Na jakiego typu popularności powinno w szczególności zależeć artystom, i czy popularność rzeczywiście powinna być celem każdego artysty, który chce zapisać się w kartach historii sztuki?

Zdolni studenci

Współcześnie rynek Sztuki słabo weryfikuje wartość artystyczną polskich twórców. Zaledwie 21 – 25 procent absolwentów państwowych uczelni artystycznych znajduje pracę w swoim zawodzie po zakończeniu wyższej edukacji. Współczesny rynek pracy nie stwarza dobrych alternatyw, a utrzymanie się ze sprzedaży swoich prac w naszych realiach jest co najmniej wątpliwe, dlatego trudno się nie dziwić, że wykładowcy akademiccy tak kurczowo trzymają się swoich stołków.

SZCZYT MALARSKIEJ WIRTUOZERII

„Zatrzymać chwilę. Uchwycić ten szczególny moment kiedy światło odsłania naturę/świat/ i cywilizację, zdejmując z niego zasłony nocy i ciemności. Nie przesłaniać swym istnieniem bytu, ale ten byt do istnienia powoływać. Wnikliwie badać i upamiętniać jego niezwykła materię, przestrzeń. Zapisać grę blasku i cieni odbijających się na różnorodnej powierzchni czy to wody, szkła czy tynku. Oto wezwanie godne malarza – Leśnik wezwanie podjął.” Tak kwiecistym językiem prof. Bogdan Wojtasiak rozpoczyna swoją recenzję pt.”Rzecz Malarska” (napisana w marcu 2005 roku), w której wynosi prace Andrzeja Leśnika na szczyt malarskiej wirtuozerii. Nie ma to jak koledzy wykładający na tej samej uczelni wzajemnie poklepią się po plecach i utwierdzą w poczuciu własnego geniuszu. „Urzekła mnie kolorystyka ostatnich prac Andrzeja. Są zdecydowane pod względem syntezy formy i kolorów. Cieszą oczy. „głośne”. Po prostu RZECZYWISTOŚĆ MALARSKĄ Leśnik z mistrzostwem preparuje /syntezuje!/ swoją własną paletę barw, wyszukuje takie odcienie i przełamania koloru, jego nasycenie, głębię i walor- by dojść do owego specyficznego kolorytu obrazów odbieranego przede wszystkim w bezpośrednim kontakcie/ bardzo trudno do oddania w reprodukcji/.” „Pokazują w sposób niekonwencjonalny podróże malarza, obserwatora, badacza, który w szczegółach odnajduje urodę świata i życia. Tajemnicze i zakamuflowane, ale to dzięki temu intrygujące. Jeśli więc Leśnik maluje przez całe życie ten swój jeden obraz, to jest na pewno po mistrzowsku skonstruowany „obraz” dotychczasowego twórczego życia.” Czytając całą recenzję czasami aż trudno uwierzyć, że cały czas dotyczy ona prac autorstwa Leśnika. Czy od czasu tej pamiętnej wystawy o której rozpisuje się prof. Bogdan Wojtasiak znalazł się ktoś, kto osiągnął podobne „wyżyny” malarskiej wirtuozerii, czy w środowisku poznańskich artystów jest to na tyle powszechne zjawisko, że nie budzi już większej sensacji?